Film jak wiersz
O czym jest „Przystanek dla bocianów"? Można powiedzieć, że o poszukiwaniu tożsamości. A w kontekście ostatniej filmowej sceny można dodać -- tej najistotniejszej do określenia, bo związanej z odpowiedzią na bardzo już osobiste pytania: „kim jestem jako człowiek?", „kim jestem teraz?" Główny bohater, Wiesław Bołtryk, artysta i nomada, siedzi o świcie na ogromnym, drewnianym tronie. Wydaje się, że patrząc w przestrzeń, wspomina siebie jako małego chłopca pędzącego drogą gęsi. Zza okiennej szyby spogląda w dal jego przyjaciel-malarz, Wojciech Łukasik, i widzi ten sam obraz. Podwojone, melancholijne spojrzenie w czas i w siebie... Film Józefa Romasza nie lekceważąc szczegółu, a więc niepowtarzalności miejsca i ludzkich historii, ma zarazem delikatnie zasugerowany wymiar paraboliczny, uniwersalny.
„Ten film jest jak wiersz", powiedziała moja przyjaciółka Anna Golińska. I faktycznie. Wszystko się w nim przenika i rozwija w urzekającą zróżnicowaną całość, jak w wierszu, gdzie poszczególne frazy, linijki słów współgrając ze sobą, tworzą jego sens. W „Przystanku..." przeplatają się różne punkty widzenia: Wieśka Bołtryka, jego przyjaciółki fotografki -- Ewy Kozłowskiej, powierniczki -- pani sołtys Henryki Naruszewicz, Wojtka Łukasika, Andrzeja Garczarka -- którego pieśni wnikają w materię obrazu i współbrzmią z nim, tworząc dodatkowy plan znaczeniowy. Jeszcze innym centrum-podmiotem oglądającym świat są zwierzęta, jak choćby mruczący kot podprowadzający nas do śpiącego Bołtryka. Zwyczajność przyprawiona jest poczuciem humoru, ironia łączy się z nostalgią, smutek ze śmiechem, dosłowność z metaforą. Fragmentaryczna narracja spajana jest „refrenicznymi" wędrówkami Bołtryka po czuktowskiej okolicy, odsłaniając stopniowo zasadniczy rys jego losu. I podobnie jak w wierszu, jakaś fraza wyjęta z jego całości może mieć dla nas szczególne znaczenie, tak w „Przystanku...", dzięki jego mozaikowej i lirycznej kompozycji, znaczenie takie zyskiwać mogą pojedyncze obrazy, sceny.
Jest to film, który afirmuje życie „mimo wszystko". Pozwala mu się wydarzać w jego bogactwie i ułomności, naturalizmie i poezji. „Współodczuwające" oko kamery w niespiesznym rytmie synchronizuje zmienne punkty widzenia. Z uważnością odkrywa światoobraz, który dzieje się we wzajemnych relacjach ludzi, zwierząt i natury. W kondensacji barw, światła i muzyki, w całej swej zmysłowej konkretności, w niemal dotykalnych kształtach. Nawet rzeczy, przedmioty zyskują pełnię egzystencji. A także zima. Wydawałoby się pora roku, w której chłodzie i bieli wszystko zamiera, tutaj objawia się w zaskakującej różnobarwności i metafizycznym pięknie. Film Józefa Romasza proponuje i umożliwia nam identyfikację z takim widzeniem świata i człowieka.
Katarzyna Wielechowska